Przejdź do głównej zawartości

Nie bierz chorego do przedszkola!

Taka sytuacja miała już miejsce, kiedy Wojtek chodził do żłobka. Okres adaptacyjny. Wszystkie maluchy jak to maluszki obślinione biorące do buzi wszystkie zabawki, ocierające buźki rękawem, bo pani nie ogarnia. Podchodzi do mnie chłopczyk, oczy załzawione a z nosa ciągnie się zielona rzeka. Masakra pomyślałam. Dlaczego Wojtek, który nie raz był chory przychodzi do żłobka zdrowy i "bierze do buzi" te same zabawki co jeden czy drugi chory? Mimo, że żłobek prywatny, rodzice pracują, to sądzę, że jeśli ich dzieci byłyby zdrowe nie chcieliby aby ich zabawki tarzały się w bakteriach, a ich dzieci były narażone na wirusowy kaszel kolegów i koleżanek. Tą sytuację zgłosiliśmy do dyrektora, który obiecał zwrócić uwagę na zdrowie przyprowadzanych dzieci.

Po drugiej interwencji skomentował krótko, że da się zauważyć chorobę dziecka, jednak rodzice przynoszą zaświadczenia od lekarza, że dziecko zdrowe i nie może tego podważyć. Po ciągłych chorobach zrezygnowaliśmy ze żłobka, bo nie wyrabialiśmy z lekami.

Rok rekonwalescencji z nianią przygotował zdrowotnie Wojtka do pójścia do przedszkola. Tutaj druga sytuacja, choć był to pierwszy raz, kiedy ja zaprowadzałam go do sali. Normalnie nie dowierzam oczom, kiedy widzę mamę z ukrycia podcierającą dziecku nos, psikającą do niego różnymi specyfikami, po czym ten kaszel...ten straszliwy duszący i mokry kaszel. Udałam, że tego nie słyszę, nie widzę, bo właściwie co mam zrobić? Zwrócić uwagę mamie, że dziecko chore i nasłuchać się, że co ma zrobić? Czy to nasz kraj jest tak chory, że matki w desperacji przed utratą pracy przyprowadzają słabe i chore dzieciaki do przedszkola? Czy to może nieodpowiedzialność rodziców?

Dlaczego Wojtek, który jest zdrowy ma narażać się na chorobę w miejscu, gdzie powinien przychodzić zdrowy? Czy powinnam pozostać ślepa? Był to do tej pory jeden przypadek, kiedy to zauważyłam, ale już zapalił moją czerwoną lampkę wściekłości!

Sama podpisałam umowę, gdzie jasno widnieje, że dziecko przyprowadzane do przedszkola musi być zdrowe. Zastanawiam się, czy przedszkolanki zwracają uwagę mamom tych dzieci? Dodam, że nie od razu dzieci się od siebie zarażają i na niektóre choroby w fazie rozwoju nie mamy wpływu (jak ospa), no ale głośny widoczny kaszel i lejący się katar z nosa? Powagi!

Przedszkole to nie przechowalnia.

Osobiście zrobię wszystko, żeby moje dziecko było zdrowe. Oczekuję również, że zostałabym poinformowana o ewentualnym wystąpieniu jakiejś choroby w grupie.

Nie przyprowadzajcie chorych pociech do przedszkola. Ze względu na to, że szkoda ich zdrowia i na to, że sytuacja może się szybko odwrócić!

Komentarze

  1. Niestety jest to norma we wszystkich przedszkolach :-(

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się, że dzieci do przedszkola powinny przychodzić zdrowe, jednak w jakiś sposób muszą też nabrać odporności na pozostałe lata swojego życia. Inna kwestia jest jeszcze taka, że być może te kaszlące i zakatarzone (zapewne nie wszystkie) są alergikami bądź też astmatykami...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się jeżeli jest to kaszel astmatyczny i katar alergiczny, a one różnią się od kaszlu oskrzelowego czy też "zielonych lub żółtych gili" z nosków. Przyprowadzanie chorych dzieciaczków do przedszkola nie służy ich uodparnianiu lecz zagraża pozostałym dzieciom. Uodparnianie to spacery, basen, wietrzenie mieszkania, nie wolno przegrzewać dziecka, można moczyć stópki w zimnej i ciepłej wodzie w przypadku małych dzieci. Ważne jest także zdrowe (jak najmniej słodyczy) odżywianie.

      Usuń
    2. Nie da się uniknąć kontaktu dziecka z zarazkami. To się może stać nie tylko przedszkolu ale również na zakupach w sklepie, w autobusie, w sali zabaw lub na placu zabaw, w domu u znajomych bądź też u rodziny... To jest część naszego życia. I chociaż nikt nie chce aby jego dziecko chorowało inaczej organizm nie da rady się uodpornić. Kiedy wysłałam swojego syna do przedszkola w Polsce irytowałam się, że wraca do domu chory tuż po tym jak się wykurował. Więcej czasu spędzał w domu niż w przedszkolu. Stwierdziłam, że to się mija z celem. Zrezygnowaliśmy z przedszkola. Czy dobrze? Trudno mi to ocenić szczególnie teraz gdy mieszkamy w Anglii.
      Zgadzam się ze wszystkim co Pani napisała o uodparnianiu, szczególnie pozytywne tego skutki widać tutaj, gdzie domy są bardzo nieszczelne i trudno o wysoką temperature, dzieciaki w zimie chodzą bez czapek i szalików w porozpinanych kurtkach i nikt się nie przejmuje tym że ktoś ma katar albo kaszel. Inna sprawa, że mało kto tutaj choruje...
      Oczywiście nie należy lekceważyć tych objawów, jednakże w przypadku kiedy lekarz nie każe dziecku siedzieć w domu to może faktycznie nie należy się tym zbytnio przejmować i po prostu dać dziecku trochę pochorować i dać szanse organizmowi na wzmocnienie się?
      Mój syn niemalże cały czas ma katar i kaszel i nie wiem już sama czy to tylko astma i alergie czy może coś więcej postanowiłam jednak zaufać lekarzowi. I w szkole nie był tylko raz jak miał temperaturę.

      Usuń
  3. Chyba to norma, choć u nas w żłobku po naszych i innych rodziców interwencjach zmieniło się to bardzo na plus. Po za tym niestety, ale dziecko musi nabrać odporności u nas pierwszy rok żłobka Lulcia chorowała prawie non stop, a dziś trzeci rok chodzenia jedno przeziębienie we wrześniu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale co z tym możemy zrobić, trzeba przede wszystkim wybrać "czyste" przedszkole, gdzie na bieżąco jest sprzątane, i do tego marsjanki, albo inne witaminki..

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Witam :)
Włączyłam moderację komentarzy - by nie umknął mi żaden z nich. Obiecuję publikować wszystkie!
Komentarze są dla mnie bardzo cenne.
Chcesz żebym poczytała co u Ciebie? - daj znać:)

Chcesz zostawić nieprzemyślany, głupi pełny zawiści komentarz? - zastanów się...

Popularne posty z tego bloga

Retrospekcja świąteczna czyli druga gwiazdka Wojtka ;)

2012...

Dziś opowiem wam powiastkę
Jak mój Wojciech spędził gwiazdkę.
Mimo że był jeszcze mały,
Spędził z nami wieczór cały.
Pierwsze święta w większym gronie,
W swej anielskości najlepszej odsłonie.
Były Kolędy, była choinka
Na sam jej widok wesoła minka.
Było na stole potraw ze dwieście,
Opłatki, pierogi i ryby w cieście.
Wojtek niestety na mlecznej diecie,
Nie pije maluch barszczyku przecie,
Za to w te święta które tuż tuż
Skubnie co nieco ze stołu już.
Drugie to święta będą wspaniałe,
Z synkiem który rozjaśnia me dni,
Bo każdy dzień z nim spędzam wytrwale
I cieszę się z każdych danych mi chwil.
A po wieczerzy, choinka zabłyśnie,
Rozjaśni tego wieczoru moc,
Gwiazdeczka z prezentem przez komin się wciśnie
I schowa podarki głęboko pod koc.
My te prezenty spod koca wyjmiemy
Zajmując w międzyczas Wojtkowe myśli,
Wszystkie prezenty pod drzewko kładziemy,
By mógł pomyśleć, że czar się ziścił.
Nie mogę doczekać się tej radości,
Tych wspólnych chwil tak pełnych miłości,
Tych chwil uciechy …

Trole korporacyjne, pęd szczurów i siła przenikalności formowych murów!

Nie wiem czy posiadam swoją pracę marzeń. Możliwe, że gdybym kształciła się w jasno wyznaczonym kierunku dziś robiłabym (albo i nie) coś, co sprawiałoby mi radość.
Pytanie zadać sobie muszę, czy jestem aż tak bezpłciowa, czy może tak bardzo wszechstronna i elastyczna, że dopasowuje się do sytuacji jak kameleon?
Pracuję, mam z tego pieniądze, mogę kupić czasem coś Wojtkowi, nie płaczę pod koniec miesiąca z braku środków do życia. Kolorowo też nie jest, ale jest NORMALNIE. O to między innymi chodziło.

Praca w korporacji jednak chyba nie jest dla ludzi o słabych nerwach. Masa różnorodnych charakterów, i słabych i silnych, tak samo zdesperowanych do osiągania swoich celów. Wydawałoby się, że poczułam stabilizację zawodową. Nic bardziej mylnego. Stabilizacja jest w policji, wojsku, nfzcie, zusie i innych takich, których to ze stołka strącić się nie da nim nie pomrą, lub nasrają we własne gniazdo, by móc ich usunąć i dać szansę innym. W korporacji nie ma stabilizacji.

Cieszy mnie umowa &quo…

Mleko na receptę a limity NFZ

Czy któraś mama karmi dziecko mlekiem na receptę? np. Bebilon Pepti? Jakiś czas temu sytuacja w przychodni. Dzwonię i mówię, że potrzebuję receptę na mleko, ponieważ została mi resztka i muszę szybko kupić. Była połowa miesiąca. Pani w rejestracji odmawia mi sugerując wyczerpany limit miesięczny 6-ciu puszek. Argument "brała Pani na początku miesiąca". Pytam zatem, co mam zrobić, przestać karmić dziecko, czy przejść na chleb z wodą. Pani już mniej uprzejmie odpowiada, że pretensję mam mieć do NFZ, bo to nie ona wymyśliła limity a mleka nie dostanę. 
Dzwoni Matka wariatka do NFZ. Przełączają ją z oddziału na oddział, bo nikt kto akurat ze mną rozmawia nie zajmuje się tą sprawą. Ostatecznie odbiera miła pani, która tłumaczy mi, że limitów NIE MA. O dawce mleka decyduje lekarz.
Ostatnio otwierając puszkę Bebilonu zapisałam datę i godzinę. Skrupulatnie zliczałam liczbę zużytych miarek. Dodam, że żadnej miarki nie zmarnowałam, żadnej nie wsypałam do kaszki i zużyłam mleko do sam…