Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą strata dziecka

Smutny wpis, bo smutek wraca.

Smutek wraca właśnie w tych słabych momentach. Jak czuję się niepewnie, źle, chcę zniknąć... Czas ciągle płynie, ucieka wręcz... Choć kiedyś ciągle myślałam, że.. Bez Ciebie czas mój też się zatrzyma, i wzlecę do chmur by rękę Twą trzymać, by chociaż raz móc dotknąć, całować, by Ciebie całego móc w siebie schować. By cię ochronić, by razem być, żebyśmy nie żyjąc mogli razem żyć. Rany na sercu los mi zostawił, biorąc mi Ciebie w duchu mnie zabił. Skąd czerpać siły mój drogi Aniele, by anielską mamą być w tym ziemskim ciele. By ziemską mamą być dla rodzeństwa, by nie ujmować Tobie pierwszeństwa. Przecież Ty miałeś być tutaj z nami, czekałam na Ciebie z wszystkimi rzeczami. Czekałam z babcią, dziadkiem i tatą. Czekaliśmy wszyscy, lecz co los na to? Zadrwił z mej kruchej osoby, serce mi wyrwał i cisnął o ziemię, dlaczego dotknęło nas śmierci brzemię? Czy aż tak zła byłam? Czym zawiniłam? Do końca życia będę pamiętać, jak to zostałam przez los przeklęta...

Strata dziecka a Bóg. Podejście moje.

Zwykłe rzeczy, które się dookoła nas dzieją zależą tylko od nas. Co jest w przypadku, kiedy dzieje się coś niespodziewanego? Na co nie mamy bezpośredniego wpływu? Potocznie mówi się "Bóg daje, Bóg odbiera"... Pewnie i tak mówiłam, dopóki nie straciłam dziecka. Bóg daje... jak wspaniale mu zawdzięczać dobro, powodzenie, szczęście, zdany egzamin, dobry dzień. Kiedy jednak mamy nie zdany egzamin, zły dzień, stos niepowodzeń, czy winimy za to Boga? Czy faktycznie od kogoś nienamacalnego zależy nasz byt?  Pamiętam swoje pierwsze pretensje. Były one właśnie do Boga. "Boże dlaczego?" - myślałam. "Boże proszę nie" - wołałam. W końcu "Boże, daj mi być matką" - marzyłam. Kilka tygodni później moje nastawienie zupełnie się zmieniło. Dlaczego moja wiara nakazuje mi ROZUMIEĆ tą niesprawiedliwość? Zbierać ją na siebie jako łaskę i oznakę SPRAWIEDLIWOŚCI? Skoro sprawiedliwie mnie osądzono cóż musiałam takiego zrobić? Że nie straciłam nerki/palca/włos...

Gdy 2+1=2....

Kubuś. 05.02.2011[*] To już 3 lata, kiedy rodziłam Kubusia wiedząc, że nie usłyszę jego płaczu, że nie będzie po tym nic, że w nadziei...nie będzie i mnie. To już 3 lata, kiedy snułam się uginając się na nogach za białą trumienką. To już 3 rok, kiedy zamiast świeczek na torcie, odwiedzin, uśmiechów...zapalam znicze. To już 3 lata, kiedy stałam się zupełnie kimś innym, obcym w stosunku do dawnej mnie, za co nikomu nie mam ochoty dziękować. 3 lata, kiedy nieświadomie jestem zamknięta w sobie i nieufna. Doświadczenia, przeżycia, emocje i siła, w którą musiałam obrosnąć, by dalej tu być. Nie dziękuję nikomu za to. 3 lata, kiedy totalnie nie czuję potrzeby wiary i przynależności do religii. 3 lata, kiedy byle powód potrafi wyprowadzić mnie z równowagi, kiedy zwykła kłótnia jest dla mnie powodem do płaczu i każde niepowodzenie pęcznieje w złość i frustrację. To już 3 lata, kiedy nie potrafię sama zasnąć, bo słyszę każde słowo i dźwięk z tamtego dnia. Jeśli to koszmarne doświadcze...

[*] [*] Kubusiu...

Dziś mijają dwa lata, jak nie ma Kubusia. Co czuję? Cały czas żal, smutek, pustkę. Zabrano mi kogoś, na kogo czekałam, kogo kochałam. To cząstka mnie wyrwana siłą, która nigdy już nie wróci. Gdyby wszystko było inaczej - dziś dmuchałby swoje dwie świeczki na torcie. Byłabym inną osobą, możliwe, że wesołą, beztroską, zwariowaną, taką jak kiedyś. Każdy byłby inny dziś, jeśli tego dnia, tego zdarzenia by nie było. Moja mama, tato, teściowa, teść i mąż. Wszyscy byliby dziś na swój sposób inni. Podejście znajomych byłoby inne, przyjaciele, o których myślałam, że są nimi naprawdę trwaliby przy naszym boku nadal. Znajomi z którymi zbliżyłam się przez ten czas nie byliby bliscy. Mimo wszystko - poświęciłabym wiele, by dziś nie świętować rocznicy odejścia. Czasami wydaje mi się, że bliscy nie akceptują teraźniejszej "mnie". Czekają wciąż, aż wróci tamta osoba... wymagają, proszą, oczekują... czy tak jest? A jak tamta osoba już nigdy nie wróci to co wtedy?