Hej:) No to piszę jak to wszystko się działo... 1 maja po wygrzewaniu się w cieniu na działeczce mocno źle się czułam i postanowiłam pojechać na IP żeby chociaż zrobili KTG bo Wojtaszek kopał mnie tak mocno że cała byłam w strachu. Dodatkowo czułam dziwne "pulsowanie" w brzuchu co na pewno nie było jego czkawką... Odmówili mi KTG, ewentualnie kazali kłaść się na oddział, bo "takie procedury" a rano do domu. KTG podłączyli mi koło 22:00 trwało 2,5 godziny... słyszałam jak puls co chwile spada do 110 i włącza się lampka alarmowa. Co chwile ktoś przychodził i kazał mi zmieniać pozycje. Całą noc nie spałam, wiedziałam że KTG nie wychodzi „idealnie” a mimo to w końcu je odłączyli i kazali spać. Rano 2 maja powtórzyli KTG i wyszło rewelacyjnie. Powiedzieli że pójde do domu ale jeszcze dla pewności zrobili USG z przepływami i... okazało się, że wód bardzo mało - kazali zostać na oddziale. W między czasie KTG wychodziło raz dobrze, raz "zbyt płask...
Blog matki wariatki :)