Przejdź do głównej zawartości

Małżeństwo po urodzeniu dziecka

Mam wrażenie, że ZAWSZE wszystko co wymarzyłam gdzieś po drodze się psuje, bo ostatecznie dotrzeć do mnie poszarpane, niekompletne, w gruzach. To, co miało być tylko sielanką i szczęściem okazuje się kompletną porażką. Moją? Pewnie moją.
Wiele kosztowało mnie by nauczyć się mówić o uczuciach. Konkretnie o tym, co mnie boli, co przeszkadza i co się okazało? Że jak siedzę z buzią zamkniętą na kłódkę to generalnie wtedy jest tylko dobrze. Takie "dobrze" to pojęcie względne...pozorna aureola szczęścia która otacza młodych a w której ja się duszę. Poświęcam teraz 70% czasu dziecku, chciałabym poświęcić całą resztę mojej drugiej połówce ale nie wychodzi to tak, jakbym chciała. Tak jest łatwiej, bo matka ponoć macierzyństwa nie musi się uczyć. Mężczyzna z kolei tak. Ponieważ nie rodzi się ojcem w sensie psychicznym, dopiero krok po kroku się nim staje. Im bardziej tego chce, tym szybciej to nastąpi, a najważniejsza jest w tym wszystkim własna inicjatywa. Ona w naszej trójce praktycznie nie funkcjonuje. Ja nie czuję potrzeby namawiania do tego, żeby tato "nauczył" się syna. Wychodzę z założenia, że nic na siłę.

W konsekwencji tego, jak ostatnio żyję jestem wykończona. Znów zaczął siadać mi kręgosłup... mam ochotę się poruszać ale mam małe możliwości. Planuję iść od września na basen ale w dalszym ciągu nie widzę tego w rozkładzie dnia.

Często czyta się o rozpadzie małżeństwa po urodzeniu dziecka. Jest to dla mnie niedorzeczne, bo przecież marzyliśmy o Wojtusiu. Poświęciłam wszystko, żeby szczęśliwie go urodzić, a teraz poświęcam wszystko żeby dobrze go wychować i żeby był zdrowy. Nie jestem w pełni szczęśliwa. Wiem, że nigdy nie będę. W głębi cały czas myślę o Kubusiu. Mam wrażenie, że tylko ja świadomie mogę powiedzieć że mam dwóch synów. Dlaczego tylko jeden jest z nami? Co mnie boli? Boli mnie, że nie mogę poświęcać Kubusiowi tyle czasu co kiedyś. Bywam na cmentarzu raz w tygodniu, czasami raz na dwa. Czuje się tak, jakbym go zaniedbywała. To jedyna kwestia o jakiej nie potrafię mówić, a która boli nadal tak samo mocno.

Dziecko zmienia dodatkowo kwestię walki o dobro w małżeństwie. Kiedyś sprawiłabym, żeby skały srały, żeby tylko było dobrze. Dziś najprościej nie mam na to sił. I czasu. Druga połówka nie walczy, bo ja nie walczę. Nie odzywa się, nie rozmawia, bo ja nie rozmawiam. Jest źle, odkąd mówię co myślę. No i jak ma być dobrze.

Kwestia jeszcze tego, czy chcemy żeby było inaczej? Czego chcemy? Ja już nie wiem czego chcę...za długo to już trwa

Komentarze

  1. To trudna sytuacja, i nie wiem co doradzić. Może to że mężczyźni to raczej gatunek słaby.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja myślę że jeśli fundament od początku był stały, to żadna siła nie jest go w stanie zburzyć. Sama piszesz, że jeszcze kiedyś robiłaś wszystko aby było zawsze dobrze, dziś nie masz siły. Tobie się nie dziwię, w końcu zajmujesz się dzieckiem, domem i wszystkim innym. Widocznie ON nie robił tego samego w stosunku do ciebie, albo nie wystarczająco.
    Jeśli jedna strona jest bierna to jak ma być dobrze? Może on się boi? Zacznij go zachęcać, aby poznawał syna, musisz być tą szyją która kieruje głową w rodzinie...no ale i on musi chcieć...
    pozdrawiam ANAIRDA

    www.hebamme.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  3. To prawda, że dwie strony muszą chcieć i się starać. Sama nic nie wskórasz...czasem potrzeba czasu, a czasem czas jeszcze bardziej wszystko niszczy. Moim zdaniem powinniście usiąść i szczerze pogadać. Może jak synuś śpi? niech każdy powie co myśli, co czuje...może to oczyści atmosferę..

    OdpowiedzUsuń
  4. zawsze się trzeba zastanowić kilka razy zanim podejmie się decyzję macierzyństwa i obowiązków z tym związanych a także tym, jak będzie nam pomagał ojciec dziecka, bo całkiem inaczej jest chcieć a inaczej jak już dziecko się pojawi w naszym życiu... dlatego ja dzieci mieć nie chcę. moim zdaniem powinnaś szczerze porozmawiać z mężem, wg mnie rozmowa to podstawa w związku. głowa do góry!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Napisałabym WALCZ!
    jednak mam wrażenie, że każdego dnia toczysz bitwy...
    Jesteś już tym wszystkim zmęczona,
    a..zastanowiłaś się jednak czy na wojnę zabierasz odpowiedni arsenał?
    szczerość
    wiara
    nadzieja
    miłość
    dla niektórych prozaiczne słowa)
    Przyjrzyj się im dokładnie, usiądź z mężem i porozmawiaj...

    OdpowiedzUsuń
  8. AguQ przytulam. Nie przekreslaj wszystkiego, macie kolejny trudny etap w zyciu. Jedni mezczyzni odnajduja sie w rodzicielstwie odrazu, drudzy potrzebuja czasu. Wierze ze sie jeszcze wszystko zmieni...:*

    Zjoanna

    OdpowiedzUsuń
  9. No nie wszystko dociera w gruzach, masz pięknego zdrowego synka i to jest najważniejsze, jakby nie było to dopiero początki macierzyństwa, zarówno dla Ciebie jak i dla niego to nowa sytuacja, może z czasem wszystko się poukłada. Wierzę w to:) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Czytam, czytam i doskonale rozumiem i współczuję. Wiem co czujesz bo sama się tak czuję.... mam 2 dzieci, jedno w wieku Twojego Wojtusia .... ale czuję jak bym miała 3 dzieci... i szczerze mówiąc wiem że wszystko pędzi ku końcowi :( nie mam również sił do walki bo w końcu 2 połówki muszą chcieć.... wieczorem padam na pysk i marzę o kąpieli i śnie, który niestety trwa krótko bo któreś z dzieci się budzi, a mąż jak mąż musi się wyspać bo pracuje zawodowo, a ja całymi dniami "odpoczywam".
    Trzymaj się AquQ trzymam za Was kciuki.


    Pina

    OdpowiedzUsuń
  11. Poproś go po prostu o pomoc. Wyjaśnij, że nie masz już siły. Taka jest przecież prawda. Mężczyzna nie ma tak jak matka wrodzonej miłości do dziecka.Wie jak ma się zachowywać lub nie i tak postępuje, wg jakiś instrukcji lub intuicyjnie. Mężczyzna z czasem się do dziecka przywiązuje i się w nim zakochuje nad życie, ale odbiera je początkowo często jako konkurencję w ilości poświęcanego czasu.Jest to nie logiczne, ale tak jest.On musi zrozumieć, że musi wspólnie z Tobą ten wózek pchać lub ciągnąć, a na pewno szybciej do niego to dotrze jeśli nie będziesz go wyręczać z obowiązków przy dziecku, ale poprosisz go ,aby Cię w nich wyręczał i nie ma tego robić dla dobra dziecka, ale dla Twojego dobra. Musi sobie zdawać sprawę, że im bardziej jesteś zmęczona tym mniej masz ochotę na spontaniczne i wylewne okazywanie uczuć, nie mówiąc już o współżyciu intymnym, które dla Twojego mężczyzny nie stało się wcale mniej ważne, w odróżnieniu od Ciebie kiedy masz takie traumatyczne przeżycia i moc nowych obowiązków, które wynikły z waszej miłości.Poproś go o pomoc, mężczyzna lubi pomagać potrzebującym.Czy chcecie aby było inaczej? Oczywiście, że chcecie tylko problemy was przytłaczają.Musicie sobie pomagać, a nie ganić i popychać nawzajem. On przewijając dziecko musi mieć świadomość, że pomaga Tobie i dzięki temu dojdziesz trochę do formy i znowu zacznie odzyskiwać tą kobietę i miłość z przed narodzin, a nie że to robi dla dobra dziecka bo to takie "nie męskie czynności".

    OdpowiedzUsuń
  12. Mój synek ma dwa i pół miesiąca, a ja czuję się dokładnie jak to opisałaś. Mało czasu na cokolwiek, co nie jest związane z opieką nad synem, chęć zrobienia czegoś, co nie jest związane z opieką nad synem, zastanawianie się, czy mąż nie unika tego, co jest związane z opieką nad synem... Zastanawianie się dokąd dąży nasze małżeństwo i jak je zmieni dalej nasz syn. Kocham syna, kocham męża, ale czasem mam wrażenie, że wzięłam na siebie za dużo, jednocześnie za mało oczekując od męża. Ale trwam i walczę.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Witam :)
Włączyłam moderację komentarzy - by nie umknął mi żaden z nich. Obiecuję publikować wszystkie!
Komentarze są dla mnie bardzo cenne.
Chcesz żebym poczytała co u Ciebie? - daj znać:)

Chcesz zostawić nieprzemyślany, głupi pełny zawiści komentarz? - zastanów się...

Popularne posty z tego bloga

Retrospekcja świąteczna czyli druga gwiazdka Wojtka ;)

2012...

Dziś opowiem wam powiastkę
Jak mój Wojciech spędził gwiazdkę.
Mimo że był jeszcze mały,
Spędził z nami wieczór cały.
Pierwsze święta w większym gronie,
W swej anielskości najlepszej odsłonie.
Były Kolędy, była choinka
Na sam jej widok wesoła minka.
Było na stole potraw ze dwieście,
Opłatki, pierogi i ryby w cieście.
Wojtek niestety na mlecznej diecie,
Nie pije maluch barszczyku przecie,
Za to w te święta które tuż tuż
Skubnie co nieco ze stołu już.
Drugie to święta będą wspaniałe,
Z synkiem który rozjaśnia me dni,
Bo każdy dzień z nim spędzam wytrwale
I cieszę się z każdych danych mi chwil.
A po wieczerzy, choinka zabłyśnie,
Rozjaśni tego wieczoru moc,
Gwiazdeczka z prezentem przez komin się wciśnie
I schowa podarki głęboko pod koc.
My te prezenty spod koca wyjmiemy
Zajmując w międzyczas Wojtkowe myśli,
Wszystkie prezenty pod drzewko kładziemy,
By mógł pomyśleć, że czar się ziścił.
Nie mogę doczekać się tej radości,
Tych wspólnych chwil tak pełnych miłości,
Tych chwil uciechy …

Trole korporacyjne, pęd szczurów i siła przenikalności formowych murów!

Nie wiem czy posiadam swoją pracę marzeń. Możliwe, że gdybym kształciła się w jasno wyznaczonym kierunku dziś robiłabym (albo i nie) coś, co sprawiałoby mi radość.
Pytanie zadać sobie muszę, czy jestem aż tak bezpłciowa, czy może tak bardzo wszechstronna i elastyczna, że dopasowuje się do sytuacji jak kameleon?
Pracuję, mam z tego pieniądze, mogę kupić czasem coś Wojtkowi, nie płaczę pod koniec miesiąca z braku środków do życia. Kolorowo też nie jest, ale jest NORMALNIE. O to między innymi chodziło.

Praca w korporacji jednak chyba nie jest dla ludzi o słabych nerwach. Masa różnorodnych charakterów, i słabych i silnych, tak samo zdesperowanych do osiągania swoich celów. Wydawałoby się, że poczułam stabilizację zawodową. Nic bardziej mylnego. Stabilizacja jest w policji, wojsku, nfzcie, zusie i innych takich, których to ze stołka strącić się nie da nim nie pomrą, lub nasrają we własne gniazdo, by móc ich usunąć i dać szansę innym. W korporacji nie ma stabilizacji.

Cieszy mnie umowa &quo…

Mleko na receptę a limity NFZ

Czy któraś mama karmi dziecko mlekiem na receptę? np. Bebilon Pepti? Jakiś czas temu sytuacja w przychodni. Dzwonię i mówię, że potrzebuję receptę na mleko, ponieważ została mi resztka i muszę szybko kupić. Była połowa miesiąca. Pani w rejestracji odmawia mi sugerując wyczerpany limit miesięczny 6-ciu puszek. Argument "brała Pani na początku miesiąca". Pytam zatem, co mam zrobić, przestać karmić dziecko, czy przejść na chleb z wodą. Pani już mniej uprzejmie odpowiada, że pretensję mam mieć do NFZ, bo to nie ona wymyśliła limity a mleka nie dostanę. 
Dzwoni Matka wariatka do NFZ. Przełączają ją z oddziału na oddział, bo nikt kto akurat ze mną rozmawia nie zajmuje się tą sprawą. Ostatecznie odbiera miła pani, która tłumaczy mi, że limitów NIE MA. O dawce mleka decyduje lekarz.
Ostatnio otwierając puszkę Bebilonu zapisałam datę i godzinę. Skrupulatnie zliczałam liczbę zużytych miarek. Dodam, że żadnej miarki nie zmarnowałam, żadnej nie wsypałam do kaszki i zużyłam mleko do sam…