Przejdź do głównej zawartości

Strata dziecka a Bóg. Podejście moje.

Zwykłe rzeczy, które się dookoła nas dzieją zależą tylko od nas. Co jest w przypadku, kiedy dzieje się coś niespodziewanego? Na co nie mamy bezpośredniego wpływu?
Potocznie mówi się "Bóg daje, Bóg odbiera"... Pewnie i tak mówiłam, dopóki nie straciłam dziecka.

Bóg daje... jak wspaniale mu zawdzięczać dobro, powodzenie, szczęście, zdany egzamin, dobry dzień. Kiedy jednak mamy nie zdany egzamin, zły dzień, stos niepowodzeń, czy winimy za to Boga? Czy faktycznie od kogoś nienamacalnego zależy nasz byt? 

Pamiętam swoje pierwsze pretensje. Były one właśnie do Boga. "Boże dlaczego?" - myślałam. "Boże proszę nie" - wołałam. W końcu "Boże, daj mi być matką" - marzyłam. Kilka tygodni później moje nastawienie zupełnie się zmieniło. Dlaczego moja wiara nakazuje mi ROZUMIEĆ tą niesprawiedliwość? Zbierać ją na siebie jako łaskę i oznakę SPRAWIEDLIWOŚCI? Skoro sprawiedliwie mnie osądzono cóż musiałam takiego zrobić? Że nie straciłam nerki/palca/włosów. Że nie pogorszył mi się wzrok, a straciłam cząstkę siebie? Rozerwano mi serce, naznaczono na zawsze, splądrowano mój umysł, zniszczono psychikę?

Czytam poleconą mi stronę internetową, gdzie matka po stracie odwołuje swoje pretensje do Boga za stratę swojej ciąży, gdyż jest grzeszna. Czy jest taka sama jak ja? Jest. Z punktu widzenia religijnego - JEST TAKA SAMA. Straciła dziecko, cierpi, ma rozerwane serce... W przeciwieństwie do mnie - przeprasza za egoizm, za pychę a ja czytając to niemal pękam z wściekłości. Nie dlatego, że ona tak postępuje. Dlatego, że nie chcę tego zrozumieć i nie akceptuję tego toku myślenia. Czy ja jestem nienormalna, że złości mnie ta naiwność? Że patrząc na ludzi beztrosko oddanych BOGU (głównie myślę tu o kościele, co jest dla mnie fundamentem czysto materialnym i żerującym) współczuję im? Że denerwuje mnie to usprawiedliwianie wyroku losu nad poszkodowaną osobą? W końcu, czy moim złym "LOSEM" jest Bóg? Jeśli to tylko kwestia nazewnictwa, to nie przepraszam za "pychę", "egoizm" "wściekłość". Jestem nadal zła, nadal rozdarta i nadal mnie to boli. Nadal również uważam, że to złe, podłe i niesprawiedliwe tak kierować moim życiem. 

Czy czegoś mnie to nauczyło? Może tego, żeby dmuchać na zimne, żeby bać się każdego dnia i z każdym dniem mówić mojemu ŻYWEMU dziecku, że je kocham, bo mogę nie zdążyć powiedzieć tego odpowiednią ilość razy. Bo może potrzebować mnie w każdej chwili, bo może nie być zaraz mnie, albo jego, bo przecież nieprzewidywalny jest ten LOS. Nie zależy także od mojego widzimisię, od mojego zachowania, od tego czy okradłam sklep, czy uratowałam komuś życie. Nic nie jest pewne, a to, że czułam się wesoła, ciepła, miła i dobra nic nie znaczy. Zostałam ukarana. SPRAWIEDLIWYM WYROKIEM kogoś, kto według mnie nie istnieje. 

Nie lubię namawiania do wiary. Nie lubię tekstu "poczytaj, zobacz, pójdź". Drażni mnie wiara w Boga i wdrażanie go w życie. Tak zostaliśmy wychowani. Masowo. Tak samo jak Islamiści, Protestanci, Buddyści- tak zostali wychowani. 

Jeśli to co mnie spotkało jest sprawiedliwością, to ja nie wierzę w sprawiedliwość. Jak mówi się potocznie "nie ma sprawiedliwości". I proszę, niech nikt mnie nie namawia na podejście duchowe do tych spraw. Nigdy w życiu nie przeproszę, że płaczę za swoją stratą, że jestem egoistką myśląc o moim synu - ostatecznie, że dziękuję za to...

Wierzę, że kiedyś spotkam wszystkich, którzy odeszli, ale jak mnie przekonano - NIE MOŻNA wierzyć w życie po śmierci nie będąc oddanej jakiejkolwiek religii. Z tym się zupełnie nie zgodzę. Czyli jakakolwiek "wiara" w cokolwiek wiąże się tylko z religią? Osłupiałam...

... proszę o przemyślane komentarze. Jest to MOJE podejście nie nakazujące podobnego toku myślenia odbiorców. 


Komentarze

  1. Ja również nie lubię religijnego podejścia do tych spraw..

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nasza religia, kościół, już dawno zmierza tam gdzie nie powinna. Sakramenty, które powinny być świętością i należą się każdemu, mają swoje cenniki, znam parę, która nie brała ślubu kościelnego, bo ich na to nie stać, ceny od tysiąca wzwyż za mszę, czy to jest normalne? Księża mają kobiety na boku, grzeszą gorzej niż mi i jeszcze chodzimy się do nich spowiadać, ja już sobie odpuściłam, nie praktykuję. Jeżeli mam potrzebę, modlę się w domu. Co do straty dziecka, ciężki temat, mnie nawet sama myśl, że mogę stracić syna, doprowadza do szału i rozpaczy, Tobie kochana życzę dużo siły...

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak wiesz jestem osobą wierzącą, ale nigdy by mi nie przyszło przez myśl że strata dziecka to jest wymiar jakiejś Bożej sprawiedliwości, że to jakaś kara za grzechy. Ale to z kolei mój tok rozumowania i absolutnie nie chcę Cię uświadamiać ani przekonywać. Nie wiem też jakby moje nastawienie do wiary zmieniło się jeśli straciłabym dziecko, co bym wtedy o Bogu myślała, czy to co teraz, czy coś innego. Mogę teoretyzować.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja nie wierzę w Boga, ale uważam za głupotę wierzenie w niego gdy jest dobrze i nie wierzenie w niego gdy jest źle. Albo wierzy w to, że Bóg czuwa nad nami ale też nas doświadcza i nie zawsze będzie kolorowo, albo nie przetrwaliśmy próby Hioba i nie wierzymy wcale. Myślę że musisz poukładac to sobie w głowie, bo to nie kwestia sprawiedliwości tak naprawdę, tylko tego że szukasz jakiegoś argumentu, który by Ci wytłumaczył to co się stało.

    OdpowiedzUsuń
  6. Według mnie strata dziecka to nie jest żadna kara, Bóg jest miłosierny, on nie karze ludzi. Wystawia nas na próby, ale nie karze.
    Może istnieje, może nie - możemy wierzyć lub nie, to indywidualna sprawa każdego z nas. Wierzymy albo nie wierzymy - nie można raz wierzyć, innym razem nie, a potem znowu wierzyć. To jest cały czas, albo w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja nie wierzę i jest mi z tym dobrze.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Witam :)
Włączyłam moderację komentarzy - by nie umknął mi żaden z nich. Obiecuję publikować wszystkie!
Komentarze są dla mnie bardzo cenne.
Chcesz żebym poczytała co u Ciebie? - daj znać:)

Chcesz zostawić nieprzemyślany, głupi pełny zawiści komentarz? - zastanów się...

Popularne posty z tego bloga

Retrospekcja świąteczna czyli druga gwiazdka Wojtka ;)

2012...

Dziś opowiem wam powiastkę
Jak mój Wojciech spędził gwiazdkę.
Mimo że był jeszcze mały,
Spędził z nami wieczór cały.
Pierwsze święta w większym gronie,
W swej anielskości najlepszej odsłonie.
Były Kolędy, była choinka
Na sam jej widok wesoła minka.
Było na stole potraw ze dwieście,
Opłatki, pierogi i ryby w cieście.
Wojtek niestety na mlecznej diecie,
Nie pije maluch barszczyku przecie,
Za to w te święta które tuż tuż
Skubnie co nieco ze stołu już.
Drugie to święta będą wspaniałe,
Z synkiem który rozjaśnia me dni,
Bo każdy dzień z nim spędzam wytrwale
I cieszę się z każdych danych mi chwil.
A po wieczerzy, choinka zabłyśnie,
Rozjaśni tego wieczoru moc,
Gwiazdeczka z prezentem przez komin się wciśnie
I schowa podarki głęboko pod koc.
My te prezenty spod koca wyjmiemy
Zajmując w międzyczas Wojtkowe myśli,
Wszystkie prezenty pod drzewko kładziemy,
By mógł pomyśleć, że czar się ziścił.
Nie mogę doczekać się tej radości,
Tych wspólnych chwil tak pełnych miłości,
Tych chwil uciechy …

Trole korporacyjne, pęd szczurów i siła przenikalności formowych murów!

Nie wiem czy posiadam swoją pracę marzeń. Możliwe, że gdybym kształciła się w jasno wyznaczonym kierunku dziś robiłabym (albo i nie) coś, co sprawiałoby mi radość.
Pytanie zadać sobie muszę, czy jestem aż tak bezpłciowa, czy może tak bardzo wszechstronna i elastyczna, że dopasowuje się do sytuacji jak kameleon?
Pracuję, mam z tego pieniądze, mogę kupić czasem coś Wojtkowi, nie płaczę pod koniec miesiąca z braku środków do życia. Kolorowo też nie jest, ale jest NORMALNIE. O to między innymi chodziło.

Praca w korporacji jednak chyba nie jest dla ludzi o słabych nerwach. Masa różnorodnych charakterów, i słabych i silnych, tak samo zdesperowanych do osiągania swoich celów. Wydawałoby się, że poczułam stabilizację zawodową. Nic bardziej mylnego. Stabilizacja jest w policji, wojsku, nfzcie, zusie i innych takich, których to ze stołka strącić się nie da nim nie pomrą, lub nasrają we własne gniazdo, by móc ich usunąć i dać szansę innym. W korporacji nie ma stabilizacji.

Cieszy mnie umowa &quo…

Mleko na receptę a limity NFZ

Czy któraś mama karmi dziecko mlekiem na receptę? np. Bebilon Pepti? Jakiś czas temu sytuacja w przychodni. Dzwonię i mówię, że potrzebuję receptę na mleko, ponieważ została mi resztka i muszę szybko kupić. Była połowa miesiąca. Pani w rejestracji odmawia mi sugerując wyczerpany limit miesięczny 6-ciu puszek. Argument "brała Pani na początku miesiąca". Pytam zatem, co mam zrobić, przestać karmić dziecko, czy przejść na chleb z wodą. Pani już mniej uprzejmie odpowiada, że pretensję mam mieć do NFZ, bo to nie ona wymyśliła limity a mleka nie dostanę. 
Dzwoni Matka wariatka do NFZ. Przełączają ją z oddziału na oddział, bo nikt kto akurat ze mną rozmawia nie zajmuje się tą sprawą. Ostatecznie odbiera miła pani, która tłumaczy mi, że limitów NIE MA. O dawce mleka decyduje lekarz.
Ostatnio otwierając puszkę Bebilonu zapisałam datę i godzinę. Skrupulatnie zliczałam liczbę zużytych miarek. Dodam, że żadnej miarki nie zmarnowałam, żadnej nie wsypałam do kaszki i zużyłam mleko do sam…